Wojciech Tracichleb · Blog  · 11 min czytania

Robot koszący – czy warto kupić?

Robot koszący wygląda jak gadżet z przyszłości – kosi cicho, sam wraca do stacji. Ale czy każdemu się opłaca?

Robot koszący wygląda jak gadżet z przyszłości – kosi cicho, sam wraca do stacji. Ale czy każdemu się opłaca?

Robot koszący to urządzenie, które przez lata kojarzyło się z gadżetem dla osób ze sporym budżetem. Wraz ze spadkiem cen i pojawieniem się rozmaitych modeli, coraz częściej widzę go w ogrodach moich klientów. I za każdym razem pojawiają się te same pytania – czy to się sprawdzi, co z deszczem, z dziećmi, ze psem, z kradzieżą. Czy w ogóle ma sens przy małym trawniku.

Z perspektywy generalnego wykonawcy, który prowadzi budowy od 2013 roku, dorzucę jeszcze jedno pytanie, którego nikt z Was sam sobie nie zada – co trzeba przygotować na etapie stanu surowego, żeby później zamontować robota bez kucia kostki brukowej i ciągnięcia kabla po elewacji. Bo robot koszący to nie urządzenie, które po prostu kupujecie i wyciągacie z pudła. To element infrastruktury ogrodowej i jeśli chcecie go mieć – nawet kiedyś, w nieokreślonej przyszłości – warto pomyśleć o nim wcześniej, na tym samym etapie, na którym myślicie o całościowym zagospodarowaniu terenu wokół domu.

Jak właściwie działa robot koszący

Najprościej można to wytłumaczyć tak – robot to mała, akumulatorowa kosiarka, która jeździ po trawniku według zaprogramowanego harmonogramu, sama wraca do stacji ładowania i sama wyrusza ponownie. Kosi krótko, ale często, nawet codziennie. Końcówki traw są ścinane na minimalnej długości i pozostają na trawniku jako naturalny nawóz. Ta technika nazywa się mulczowaniem i ma swoje konsekwencje, do których jeszcze wrócę.

Robot orientuje się w terenie na dwa sposoby – albo dzięki przewodowi ograniczającemu zakopanemu wokół trawnika (lub ułożonemu na powierzchni i zarastanemu z czasem przez trawę), albo dzięki nawigacji satelitarnej GPS-RTK. Pierwsza technologia jest starsza, sprawdzona i tańsza. Druga – nowsza, droższa, ale wygodniejsza w montażu, bo pozwala uniknąć układania setek metrów kabla. O tym więcej za chwilę.

Dla kogo robot koszący ma sens

Powiem wprost – robot to nie jest rozwiązanie dla każdego. Najlepiej sprawdza się w sytuacjach, gdy spełnionych jest kilka warunków jednocześnie.

Macie regularny, prostokątny trawnik (z siewu czy z rolki) o powierzchni od kilkuset do kilku tysięcy metrów kwadratowych. Im bardziej skomplikowany kształt, im więcej rabat, drzew, kostki przebijającej się przez trawę, tym trudniej robotowi się odnaleźć i tym częściej będziecie musieli go ratować z opresji.

Trawnik ma w miarę równą powierzchnię, bez dziur i kretowisk. Robot ma niski prześwit i mocno wystające elementy go uszkadzają. Krety na działce to dla robota większy problem niż dla Was – bo gdy wjedzie w kopiec, czasem zostaje w nim na dobre.

Nachylenia terenu mieszczą się w zakresie deklarowanym przez producenta. Większość robotów radzi sobie z nachyleniem rzędu 25–35 procent, ale to dane z karty technicznej. W praktyce, gdy trawa jest mokra, te wartości są wyraźnie mniejsze. Jeśli macie skarpy w ogrodzie, sprawdźcie to bardzo dokładnie, najlepiej w warunkach faktycznej eksploatacji.

Cenicie sobie regularnie skoszony trawnik bez codziennego kombinowania. Bo to jest największa zaleta robota – Wasz trawnik zawsze wygląda dobrze, ponieważ robot kosi go każdego dnia po kawałku, a nie raz na dwa tygodnie tonę odrośniętej trawy.

Z drugiej strony robot odpada, jeśli trawnik macie mały i całe koszenie zajmuje Wam pół godziny tradycyjną kosiarką. Odpada, jeśli na działce macie dużo dzieci bawiących się piłką – drobne kamyki i zostawione zabawki to częsta przyczyna wymiany ostrzy. Odpada też, jeśli zależy Wam na efekcie idealnie krótko ściętej trawy „w pasy", jak na boisku piłkarskim. Tego robot nie zrobi.

Co przygotować na etapie budowy

I tu wracam do tego, o czym powinienem powiedzieć Wam jako generalny wykonawca. Jeśli rozważacie robota – nawet hipotetycznie, nawet „może kiedyś" – przygotujcie infrastrukturę zawczasu. Bo dorabianie tego po latach to zawsze kompromisy. Podobny tok myślenia dotyczy systemu nawadniania ogrodu czy oświetlenia ogrodowego – jedna trasa kabli i rur w gruncie obsłuży kilka funkcji.

Miejsce na stację dokującą. Stacja musi być w miarę osłonięta od deszczu i bezpośredniego słońca. Najlepiej pod zadaszeniem, w altanie albo w garażu z otwartym przejazdem. Powinna stać na równym podłożu, blisko granicy trawnika. Robot wyjeżdża ze stacji i jedzie wzdłuż przewodu ograniczającego do startu, więc lokalizacja stacji wpływa na to, którędy biegnie kabel i jak długie odcinki robot pokonuje na sucho.

Zasilanie. Do stacji trzeba doprowadzić prąd. Najlepiej kabel ziemny YKY 3×2,5 mm² na osobnym obwodzie, zabezpieczony wyłącznikiem różnicowoprądowym. Jeśli stacja będzie w ogrodzie, daleko od domu – pamiętajcie o kablu układanym na odpowiedniej głębokości, w piasku, z taśmą ostrzegawczą trzydzieści centymetrów nad nim. To te same zasady, które stosujemy przy każdym przyłączu prądu prowadzonym w ziemi. W praktyce, jeśli już kładziemy w ziemi rury i kable do oświetlenia ogrodowego, do automatyki bramy wjazdowej czy do automatycznego nawadniania, dorzucenie jednego dodatkowego kabla do przyszłej stacji robota to żaden koszt.

WiFi w okolicy stacji. Większość nowoczesnych robotów wymaga połączenia z aplikacją mobilną i komunikuje się z serwerem producenta. Jeśli stacja jest na końcu działki, zasięg WiFi z routera w domu może być niewystarczający. Warto wcześniej rozprowadzić kabel internetowy do miejsca, gdzie ewentualnie zainstalujecie zewnętrzny punkt dostępowy WiFi. Tu zasady są takie same jak przy planowaniu instalacji elektrycznej – kabel internetowy do strategicznych miejsc to teraz koszt symboliczny, a kucie ścian później to znaczący wydatek.

Przejścia w ogrodzie. Jeśli macie kilka stref trawnika oddzielonych ścieżkami albo kostką, warto przewidzieć szerokie przejazdy. Większość robotów potrzebuje co najmniej siedemdziesięciu–osiemdziesięciu centymetrów szerokości, żeby przejechać przez wąski korytarz. Im węziej, tym częściej robot się zatnie albo nie dojedzie do dalszej części trawnika. Pomyślcie o tym razem z architektem krajobrazu albo na etapie projektowania utwardzeń wokół domu. Wpisanie robota w ogólny harmonogram budowy domu kosztuje niewiele.

Robot z kablem ograniczającym czy z GPS

To jest decyzja, która ma dla Was praktyczne znaczenie i wpływa na to, ile pracy będzie z montażem oraz późniejszymi modyfikacjami. Dwa systemy mają swoje mocne i słabe strony.

Kabel ograniczający to klasyka – cienki przewód, który układa się wokół trawnika i wokół wszystkich przeszkód, które robot ma omijać (rabaty, drzewa, oczko wodne). Można go zakopać na pięć–dziesięć centymetrów pod ziemią albo ułożyć na powierzchni i przybić specjalnymi szpilkami, a po pewnym czasie trawa go zarasta i kabla nie widać. Zaleta – system działa precyzyjnie i niezawodnie. Wada – układanie kabla to robota, która zajmuje sporo czasu, a późniejsze zmiany w ogrodzie (nowa rabata, dosadzenie drzewa, przesunięcie ścieżki) wymagają przerobienia odcinka kabla. Jeśli kabel zostanie przecięty łopatą podczas grzebania w ogrodzie, robot przestaje działać do czasu naprawy.

Nawigacja satelitarna GPS-RTK to nowsza technologia. Robot zna granice trawnika na podstawie mapy zapisanej w pamięci, a wirtualne granice ustawiacie w aplikacji. Nie ma kabla, więc nie ma problemu z jego zerwaniem. Zmiana układu ogrodu to przerysowanie mapy w telefonie. Wada – cena jest wyraźnie wyższa, a w terenach mocno zadrzewionych albo blisko wysokich budynków sygnał GPS może być niestabilny. Część robotów ma w komplecie zewnętrzną stację referencyjną, którą trzeba zamontować w miejscu z otwartym widokiem na niebo – na dachu albo na wysokim maszcie.

W mojej ocenie – jeśli budujecie nowy dom i ogród projektowany jest „od zera", a budżet pozwala – wybór GPS-RTK jest wygodniejszy. Nie macie kabla, który komuś przeszkadza, łatwiej zmienić zdanie co do układu trawnika. Jeśli zaś jesteście pragmatyczni i liczycie każdą złotówkę, a ogród już macie urządzony – tańszy robot z kablem ograniczającym wykona swoją robotę równie dobrze. Nie ma jednej dobrej odpowiedzi.

Wady, których w reklamach nie zobaczycie

Producenci pokazują uśmiechniętych właścicieli, dzieci bawiące się obok robota i równo skoszony trawnik. Powiem Wam o tym, czego nie widać w katalogu.

Po pierwsze – robot nie kosi przy ogrodzeniu i przy ścianach. Ostrza są ukryte głęboko pod obudową, dzięki czemu robot jest bezpieczny dla stóp i łap, ale to oznacza, że przy każdej pionowej przeszkodzie zostaje nieskoszony pas trawy szerokości kilku centymetrów. Te pasy trzeba dokaszać podkaszarką żyłkową kilka razy w sezonie. Jeśli ktoś Wam mówi, że robot zastąpi w stu procentach klasyczne koszenie – nie do końca ma rację.

Po drugie – robot nie zbiera trawy. Mulczowanie ma swoje plusy (naturalny nawóz, woda zatrzymana w trawniku), ale ma też minusy. Po pierwszym koszeniu wiosną, gdy trawa odrosła przez zimę, mulcz może być zbyt gęsty i przez kilka dni zalegać warstwą na trawniku. To trzeba zgrabić ręcznie. To samo dotyczy okresów intensywnego wzrostu po obfitych deszczach.

Po trzecie – kradzieże. Robot to urządzenie warte sporo pieniędzy, leżące w nocy na trawniku. Dla złodzieja jest łakomym kąskiem, jeśli działka nie jest ogrodzona albo ogrodzenie jest niskie. Większość modeli ma zabezpieczenia – kod PIN, alarm, tracker GPS – ale to nie odstrasza wszystkich. Jeśli mieszkacie w lokalizacji, gdzie zdarzają się kradzieże z terenu posesji, weźcie to pod uwagę przy wyborze.

Po czwarte – deszcz, mokra trawa, liście. Większość robotów może pracować w deszczu, ale tylko część producentów to zaleca. Mokra trawa kosi się gorzej, mulcz się zlepia w grudki, robot zostawia ślady kół na miękkim podłożu. Jesienią, gdy spadają liście – robot je rozdrabnia, ale przy dużej ich ilości może zatrzymać się na zatkanych ostrzach. To są drobne sprawy, ale warto wiedzieć, że robot nie jest urządzeniem, o którym całkowicie zapomnicie.

Po piąte – uszkodzenia spowodowane drobiazgami. Drobne kamyki, zapomniana zabawka, kij, gałąź spadła z drzewa – wszystko to może uszkodzić ostrza albo, w gorszym scenariuszu, wyrzucić jakiś element z dużą prędkością. Z tego powodu obowiązuje zasada – sprawdzajcie trawnik, zanim wypuścicie robota na pierwszy kurs, szczególnie jeśli macie dzieci, które zostawiają zabawki.

Konserwacja, zimowanie, koszty eksploatacji

Robot wymaga regularnej obsługi, choć mniejszej niż klasyczna kosiarka. Co kilka tygodni trzeba go odwrócić i wyczyścić podwozie z trawy, ziemi i resztek liści. Ostrza wymienia się zazwyczaj raz na sezon albo dwa, w zależności od intensywności pracy. Kupuje się je u producenta jako zestaw kilkunastu sztuk i jest to wydatek symboliczny w stosunku do ceny urządzenia.

Akumulator to sprawa droższa. Po kilku latach intensywnej pracy traci pojemność i robot kosi krócej między ładowaniami. Wymiana akumulatora to wydatek do uwzględnienia w kosztach eksploatacji, choć rozłożony na kilka lat.

Na zimę robota trzeba schować. Producenci zalecają naładowanie akumulatora do mniej więcej połowy pojemności i przechowywanie w suchym pomieszczeniu w temperaturze powyżej zera. Stację dokującą można zostawić w ogrodzie, ale lepiej odłączyć od prądu i zabezpieczyć folią albo zdjąć i schować w garażu. Robotów z kablem ograniczającym nie trzeba na zimę zwijać – kabel zostaje w ziemi.

Czy warto – moja rekomendacja

Po latach obserwacji moich klientów i ogrodów, które kończyłem, mogę powiedzieć tak. Robot koszący sprawdza się świetnie u osób, które mają przyzwoitej wielkości trawnik (od pięciuset metrów kwadratowych w górę) o regularnym kształcie, bez wielu skarp i bez skomplikowanego układu rabat. Cenią sobie wygląd zawsze świeżo skoszonej trawy bez konieczności organizowania sobie pół soboty na koszenie. Nie boją się technologii i lubią mieć rzeczy w ogrodzie zautomatyzowane. Wreszcie – mają budżet, który pozwala traktować robota jak inwestycję w komfort, a nie jak wymuszoną konieczność.

Z kolei robot się nie sprawdzi, jeśli trawnik macie mały – koszenie i tak zajmuje Wam mniej niż godzinę co dwa tygodnie. Albo jeśli lubicie sami kosić – dla wielu osób to wręcz forma odpoczynku po pracy. Jeśli macie dzieci, które codziennie zostawiają zabawki w trawie. Albo zależy Wam na efekcie ostrego, krótkiego cięcia w pasy, jak na boisku piłkarskim.

Niezależnie od tego, jaki kierunek wybierzecie – jedno polecam wszystkim. Na etapie budowy, gdy projektujecie ogród i utwardzenia, przewidźcie miejsce na stację dokującą i przelotkę pod kabel zasilający. Zarezerwowanie kilkudziesięciu metrów rurki PE 32 jako przelotki na zasilanie i kawałek miejsca w garażu albo pod zadaszeniem to żaden koszt teraz – a brak tego rozwiązania kilka lat później oznacza kucie kostki brukowej i prowadzenie kabla po elewacji. Nawet jeśli na ten moment nie planujecie robota, drogę dla niego warto zostawić otwartą. To samo zalecenie dotyczy zresztą innych systemów ogrodowych – automatycznego nawadniania, oświetlenia ogrodu, zewnętrznych kamer. Wszystkie te elementy łatwiej dorobić, jeśli infrastruktura czeka pod ziemią.

Podsumowanie

Robot koszący to nie magiczne urządzenie, które zastąpi Wam całą pracę przy ogrodzie. To narzędzie, które dobrze dobrane do warunków – zaoszczędzi czas i da Wam zawsze równo skoszony trawnik. Źle dobrane – będzie problemem, który częściej będzie stał w warsztacie niż jeździł po trawie. Sednem sprawy jest dopasowanie modelu do wielkości i kształtu trawnika oraz świadome przygotowanie infrastruktury na etapie budowy domu.

Jeśli macie wątpliwości, zawsze sugeruję ten sam ruch – zapytajcie znajomych, którzy mają robota od kilku lat. Nie tych, którzy kupili go w zeszłym miesiącu i są zachwyceni nowością. Tylko tych, którzy używają go drugi czy trzeci sezon i wiedzą, gdzie tkwi diabeł. To najlepsze źródło wiedzy, jakie znajdziecie. Potem możecie podjąć decyzję na chłodno – i mieć pewność, że nie kupujecie kota w worku.

    Share:
    Wróć do bloga

    Powiązane artykuły

    Wszystkie artykuły »