Fotowoltaika w 2026 – czy warto inwestować?
Net-billing, współczynnik 1,23, magazyny energii – co się zmieniło i jak to policzyć, zanim wydacie kilkadziesiąt tysięcy złotych

Kilka lat temu odpowiedź na pytanie z tytułu była prosta i brzmiała: tak, zdecydowanie. Instalacja fotowoltaiczna na dachu domu jednorodzinnego to była jedna z najlepszych inwestycji, jaką mogliście zrobić przy okazji budowy. Sieć energetyczna działała jak darmowy magazyn, oddawaliście nadwyżki latem, odbieraliście zimą, a rachunki za prąd spadały do symbolicznych kwot. Ludzie montowali panele i po prostu cieszyli się z decyzji.
A potem zmieniono zasady gry.
Od 1 kwietnia 2022 roku nowe instalacje rozliczane są w systemie net-billing zamiast dawnego net-meteringu. W grudniu 2024 roku weszły kolejne zmiany – współczynnik 1,23, rozliczenia godzinowe według rynkowej ceny energii. Fotowoltaika w 2026 roku to zupełnie inna historia niż ta sprzed trzech lat. Nie gorsza, nie lepsza – po prostu inna. I wymaga od Was zupełnie innego podejścia niż kiedyś.
W swojej książce „Od marzenia do wprowadzenia" napisałem wprost, że na przełomie 2024 i 2025 roku odradzam swoim klientom montaż fotowoltaiki, dopóki przepisy nie staną się bardziej korzystne. I podtrzymuję to – z pewnym „ale". To „ale" wynika z tego, że od końca 2024 roku pojawiły się nowe mechanizmy, które poprawiają kalkulację. Nie na tyle, by mówić o złotej erze, ale na tyle, by warto było usiąść z kalkulatorem i policzyć, czy w Waszym konkretnym przypadku fotowoltaika ma sens. Bo w 2026 roku odpowiedź nie jest już uniwersalna – zależy od tego, jak zużywacie energię, jaki macie profil dobowy, czy rozważacie magazyn energii i jakie dofinansowanie możecie uzyskać.
Stare zasady kontra nowe – o co tak naprawdę chodzi
Żeby zrozumieć, dlaczego fotowoltaika w 2026 roku wymaga przemyślenia, trzeba wiedzieć, co się zmieniło. Wyjaśnię to najprościej jak potrafię, bez żargonu energetycznego.
Do końca marca 2022 roku obowiązywał system nazywany net-meteringiem. Działał on tak: Wasza instalacja produkowała prąd, to czego nie zużyliście na bieżąco, szło do sieci energetycznej, a Wy mogliście ten prąd odebrać w ciągu 12 miesięcy. Nie w stosunku 1:1, ale 1:0,8 – czyli za każdą kilowatogodzinę oddaną do sieci mogliście pobrać 0,8 kWh. Sieć była de facto Waszym magazynem energii. Latem panele produkowały ogromne nadwyżki, zimą je odbieraliście. Prosty, przejrzysty, opłacalny mechanizm.
Od 1 kwietnia 2022 roku nowe instalacje rozlicza się w systemie net-billing. Różnica jest zasadnicza – nie magazynujecie już kilowatogodzin, tylko ich pieniężną równowartość. Nadwyżki, które wysyłacie do sieci, są wyceniane po rynkowej cenie energii i trafiają na Wasz tzw. depozyt prosumencki. To indywidualne konto w złotówkach, z którego pokrywane są koszty zakupu energii, gdy pobieracie prąd z sieci. Środki na depozycie są ważne 12 miesięcy – to co nie zostanie wykorzystane, przepada w 80 procentach. Odzyskujecie jedynie 20 procent niewykorzystanej kwoty.
I tu pojawia się główny problem. W net-meteringu nie obchodziła Was cena energii – magazynowaliście kilowatogodziny. W net-billingu Wasze nadwyżki sprzedawane są po cenach rynkowych, które bywają brutalne. W słoneczne letnie południe, gdy każda instalacja w Polsce produkuje na pełnych obrotach, rynek jest zalany energią i ceny spadają. Wieczorem, gdy panele śpią, a Wy włączacie kuchenkę, telewizor i zmywarkę – ceny prądu z sieci idą ostro w górę. Kupujecie więc drogo, a sprzedajecie tanio. Mechanizm, który na pierwszy rzut oka wydaje się logiczny, w praktyce działa na Waszą niekorzyść.
Współczynnik 1,23 – co się zmieniło pod koniec 2024 roku
Ustawodawca najwyraźniej dostrzegł, że net-billing w czystej formie skutecznie zniechęca do inwestycji w fotowoltaikę. Dlatego 27 grudnia 2024 roku weszła w życie istotna zmiana – wprowadzono współczynnik 1,23 dla depozytu prosumenckiego. Co to oznacza w praktyce? Każda złotówka, która trafia na Wasz depozyt ze sprzedaży nadwyżek, jest mnożona przez współczynnik 1,23 przy pokrywaniu kosztów zakupu energii. Ten mnożnik ma rekompensować podatek VAT i poprawić ekonomikę całego systemu.
To nie jest rewolucja, ale zauważalna poprawa. Każda złotówka na depozycie jest teraz warta 23 procent więcej przy pokrywaniu kosztów zakupu prądu z sieci. Brzmi jak kosmetyczna zmiana, ale w skali roku, przy instalacji produkującej kilka tysięcy kilowatogodzin, robi to różnicę.
Druga ważna zmiana nastąpiła 1 lipca 2024 roku – rozliczenia przeszły z cen średniomiesięcznych (RCEm) na ceny godzinowe (RCE). Oznacza to, że wartość energii, którą oddajecie do sieci, zależy od konkretnej godziny, w której to robicie. Cena prądu o godzinie 12:00 w słoneczny dzień może być zupełnie inna niż o 17:00. Dla świadomego prosumenta to szansa – jeśli potrafimy zarządzać swoim zużyciem, możemy na tym zyskać. Dla kogoś, kto zamontuje panele i o nich zapomni, te wahania mogą oznaczać niższe wpływy na depozyt niż w starym systemie średnich miesięcznych.
Fotowoltaika to inwestycja finansowa – nie ideologiczna
I tu dochodzimy do sedna. Fotowoltaika ma jedno zadanie – obniżyć Wasze rachunki za energię elektryczną. Nie jest manifestem ekologicznym, nie jest ozdobą dachu, nie jest sposobem na „niezależność energetyczną" (bo nadal jesteście podłączeni do sieci i od niej zależni). To inwestycja finansowa i powinniście ją traktować dokładnie tak – jak każdą inną decyzję, w której wydajecie kilkadziesiąt tysięcy złotych.
To oznacza, że przed montażem powinniście policzyć trzy rzeczy. Po pierwsze, ile kosztuje instalacja – realne koszty, po odjęciu dofinansowania i ulg podatkowych. Po drugie, ile realnie zaoszczędzicie rocznie na rachunkach – nie w optymistycznym scenariuszu ze strony sprzedawcy, ale w scenariuszu konserwatywnym. Po trzecie, po ilu latach inwestycja się zwróci – i co może pójść nie tak w tym czasie (awaria, gradobicie, spadek cen energii, zmiana przepisów). Panele fotowoltaiczne nie są co prawda delikatne – typowe gradobicie nie powinno ich uszkodzić – ale ryzyko zawsze istnieje i warto je uwzględnić.
Panele na dachu nie są ozdobą i zajmują przestrzeń. Jeśli montujecie je na gruncie – zabierają kawałek działki. To oczywistość, ale wielu inwestorów myśli wyłącznie o zwrocie finansowym i zapomina o tym, że będą żyli z tymi panelami przez 25 lat.
Mit o synergii fotowoltaiki z pompą ciepła
Muszę rozprawić się z jednym mitem, który jest bardzo trwały. Przez lata firmy montażowe masowo reklamowały pakiet „fotowoltaika plus pompa ciepła", twierdząc, że te systemy świetnie ze sobą współpracują i razem tworzą jakąś magiczną synergię. Słyszałem to od dziesiątek moich klientów.
A prawda jest taka, że to dwa zupełnie niezależne systemy. Fotowoltaika produkuje prąd. Pompa ciepła zużywa prąd do produkcji ciepła. To, czy macie zainstalowane jedno bez drugiego, nie wpływa ani pozytywnie, ani negatywnie na działanie żadnego z tych urządzeń. Pompa ciepła montowana w budynku bez fotowoltaiki – jeśli jest odpowiednio dobrana – funkcjonuje bez zarzutu. Fotowoltaika bez pompy ciepła – na starych zasadach – też się sprawdzała doskonale.
Nie twierdzę, że nie ma sensu mieć obu systemów jednocześnie. Twierdzę, że musicie je oceniać oddzielnie – każdy na podstawie własnego rachunku ekonomicznego. Pompa ciepła to decyzja o sposobie ogrzewania domu. Fotowoltaika to decyzja o sposobie obniżenia rachunków za prąd. Dwie odrębne kalkulacje, dwie odrębne decyzje. Nie dajcie sobie wmówić, że jedno bez drugiego nie ma sensu – bo ma.
Autokonsumpcja – najważniejsze słowo w fotowoltaice 2026
W systemie net-billing ważnym czynnikiem opłacalności jest autokonsumpcja, czyli ile z wyprodukowanej energii zużywacie na bieżąco, w momencie gdy panele ją produkują. Każda kilowatogodzina zużyta bezpośrednio z instalacji to pełna oszczędność – nie płacicie za nią ani złotówki. Natomiast każda kilowatogodzina oddana do sieci wyceniana jest po cenach rynkowych, które w szczycie produkcji (słoneczne południe) bywają najniższe.
Na starych zasadach autokonsumpcja nie miała wielkiego znaczenia – i tak odzyskiwaliście 80 procent nadwyżek. Teraz jest absolutnie kluczowa. Im więcej prądu zużyjecie bezpośrednio z paneli, tym szybciej inwestycja się zwróci.
Jak zwiększyć autokonsumpcję? Trzeba zmienić nawyki domowe. Zmywarkę, pralkę, suszarkę uruchamiajcie w ciągu dnia, gdy panele pracują na pełnych obrotach – nie wieczorem, jak większość ludzi robi z przyzwyczajenia. Jeśli macie zasobnik ciepłej wody – ustawcie jego dogrzewanie na godziny słoneczne. Jeśli planujecie zakup samochodu elektrycznego – ładujcie go w ciągu dnia. Każde takie przesunięcie zużycia z wieczora na dzień poprawia Waszą kalkulację.
Typowa rodzina bez świadomego zarządzania energią osiąga autokonsumpcję na poziomie 20–30 procent. Przy aktywnym dopasowaniu nawyków – 35–45 procent. Z magazynem energii – 60–80 procent. A to robi ogromną różnicę w opłacalności całej inwestycji. Weźcie aktualną cenę instalacji o mocy odpowiedniej do Waszych potrzeb, odejmijcie dostępną dotację i uwzględnijcie ulgę termomodernizacyjną – a potem policzcie, jak szybko Wam się to zwróci przy różnych poziomach autokonsumpcji. Różnica między 25 a 45 procentami autokonsumpcji to skrócenie okresu zwrotu o rok, półtora.
Magazyn energii – czy zmienia zasady gry
W rozmowach o fotowoltaice w 2026 roku coraz częściej pojawia się temat magazynów energii i to nie bez powodu. W systemie net-billing, gdzie liczy się to, kiedy zużywacie prąd, magazyn staje się czymś w rodzaju domowego bufora – pozwala przesunąć nadwyżki z południa na wieczór, gdy ceny zakupu energii z sieci są najwyższe.
Mechanizm jest prosty. W ciągu dnia panele produkują więcej niż potrzebujecie – nadwyżka ładuje magazyn zamiast trafiać do sieci po niskich cenach rynkowych. Wieczorem, gdy produkcja z paneli spada do zera, a Wy zużywacie najwięcej prądu – zamiast kupować drogi prąd z sieci, korzystacie z energii zgromadzonej w magazynie. Różnica między ceną, po której „sprzedalibyście" prąd w południe, a ceną, po której kupilibyście go wieczorem, to Wasz realny zysk z posiadania magazynu.
Dane rynkowe potwierdzają te różnice wyraźnie. Ceny energii na rynku wahają się w ciągu dnia bardzo znacząco – w godzinach szczytu wieczornego potrafią być nawet dwukrotnie wyższe niż w nocy. Co więcej, w sezonie wiosenno-letnim, gdy fotowoltaika produkuje najwięcej, ceny rynkowe są nawet o 70 procent niższe niż zimą – bo cała Polska generuje nadwyżki jednocześnie. Bez magazynu sprzedajecie energię właśnie wtedy, gdy jest najtańsza.
Rekomendacja branżowa mówi o proporcji 2 kWh pojemności magazynu na każdy 1 kWp mocy instalacji. Czyli dla instalacji 5 kWp – magazyn o pojemności 10 kWh. Oczywiście to podwyższa koszt inwestycji, i to znacząco, ale poprawia całą kalkulację zwrotu.
Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że magazyny energii wciąż są drogie i mają ograniczoną żywotność (producenci gwarantują 6000–8000 cykli, co przekłada się na 10–15 lat intensywnego użytkowania). Decyzja o magazynie wymaga więc osobnej kalkulacji – nie wystarczy powiedzieć „warto", trzeba policzyć, czy w Waszym scenariuszu zużycia ta dodatkowa inwestycja faktycznie się zwróci w rozsądnym czasie.
Ile to kosztuje i ile można zaoszczędzić
Przejdźmy do konkretów, bo wiem, że tego szukacie. Nie podam Wam gotowych cen instalacji, bo zmieniają się z miesiąca na miesiąc i zależą od regionu, wykonawcy, jakości komponentów – podanie konkretnej kwoty byłoby nieodpowiedzialne. Mogę natomiast pokazać, jak wygląda mechanizm kalkulacji, żebyście mogli policzyć to sami z aktualnymi cenami.
Zacznijcie od rachunku za prąd. Ile kilowatogodzin zużywacie rocznie? Przeciętna czteroosobowa rodzina w domu jednorodzinnym to 4000–6000 kWh rocznie, ale jeśli macie pompę ciepła, ta liczba może wzrosnąć do 8000–12000 kWh. To Wasza baza – na tej podstawie dobieracie wielkość instalacji.
Następnie sprawdźcie, ile prądu instalacja o danej mocy wyprodukuje w Waszej lokalizacji. W Polsce instalacja 1 kWp produkuje średnio 950–1100 kWh rocznie, zależnie od nachylenia dachu, orientacji i nasłonecznienia. Instalacja 5 kWp da Wam więc około 5000 kWh rocznie.
Teraz kluczowe pytanie – jaki procent tej energii zużyjecie bezpośrednio (autokonsumpcja), a ile trafi do sieci. Dla uproszczenia przyjmijmy dwa scenariusze. Scenariusz A, bez magazynu energii – autokonsumpcja 30 procent, czyli 1500 kWh zużywacie bezpośrednio, 3500 kWh trafia do sieci. Scenariusz B, z magazynem energii – autokonsumpcja 65 procent, czyli 3250 kWh bezpośrednio, 1750 kWh do sieci.
Całkowita cena, którą płacicie za prąd z sieci (łącznie z opłatami dystrybucyjnymi), jest znacząco wyższa niż wartość, po jakiej Wasze nadwyżki trafiają na depozyt prosumencki. Nawet po uwzględnieniu współczynnika 1,23 różnica jest duża – wartość depozytu za sprzedaną kilowatogodzinę to orientacyjnie połowa tego, co kosztuje Was kilowatogodzina kupiona z sieci. Widzicie tę dysproporcję? Bezpośrednie zużycie oszczędza Wam pełną cenę prądu, a sprzedaż do sieci daje mniej więcej połowę tej kwoty. Dlatego autokonsumpcja jest absolutnie kluczowa. Sprawdźcie aktualne stawki u swojego sprzedawcy energii i na stronie PSE, żeby policzyć to z dokładnymi liczbami.
Gdy podstawicie do tej kalkulacji aktualne stawki, zobaczycie wyraźną różnicę między scenariuszem A i B. Magazyn energii, który podnosi autokonsumpcję z 30 do 65 procent, poprawia roczną oszczędność o mniej więcej 20–25 procent. To oczywiście uproszczona kalkulacja – w rzeczywistości ceny RCE wahają się godzinowo i sezonowo, nie zużyjecie też całego depozytu – ale daje Wam porządek wielkości i pokazuje, jak duże znaczenie ma autokonsumpcja.
Dofinansowanie i ulgi – co obniża koszt wejścia
Czysta kalkulacja zwrotu wygląda inaczej, gdy uwzględnicie dostępne dofinansowania. Na moment pisania tego artykułu macie do dyspozycji dwa główne mechanizmy.
Pierwszy to program Mój Prąd – na moment pisania tego artykułu planowana jest szósta edycja (Mój Prąd 6.0). Program obejmuje instalacje fotowoltaiczne o mocy od 2 do 10 kWp. Warunkiem jest montaż modułu HEMS, czyli systemu zarządzania energią w domu. Dotacja obejmuje samą instalację PV, z dodatkowymi kwotami na magazyn energii i inne elementy. Szczegóły aktualnej edycji – w tym wysokość dofinansowania i terminy naboru – sprawdźcie na stronie Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, bo kwoty i warunki zmieniają się z edycji na edycję.
Drugi mechanizm to ulga termomodernizacyjna, która pozwala odliczyć od podstawy opodatkowania wydatki na instalację fotowoltaiczną. Odliczenie ma ustawowy limit (łączny na wszystkie wydatki termomodernizacyjne – sprawdźcie aktualną kwotę, bo limity bywają waloryzowane) i dotyczy podatników rozliczających PIT. Co ważne – ulgę termomodernizacyjną można łączyć z dotacją z programu Mój Prąd. Ulga odlicza się od podstawy opodatkowania, więc realna korzyść zależy od Waszej stawki podatkowej – im wyższa stawka, tym więcej odzyskujecie.
Połączenie obu mechanizmów potrafi skrócić okres zwrotu o 2–3 lata, co w wielu przypadkach sprawia, że inwestycja zaczyna mieć sens. Bez dofinansowania i ulg – zwrot z fotowoltaiki w systemie net-billing jest długi i niepewny. Z pełnym wykorzystaniem dostępnych instrumentów – kalkulacja wygląda znacznie lepiej.
Nawet jeśli nie montujecie teraz – przygotujcie się na przyszłość
Jeśli budujecie dom i po przeczytaniu tego artykułu dojdziecie do wniosku, że fotowoltaika w Waszym przypadku jeszcze się nie opłaca – absolutnie nie zamykajcie sobie drogi na przyszłość. Jest coś, co możecie zrobić teraz, tanio i bezproblemowo, co za kilka lat zaoszczędzi Wam mnóstwa pieniędzy i nerwów.
Przygotujcie okablowanie pod instalację fotowoltaiczną. Szczególnie jeśli konstrukcja Waszego budynku nie pozwala na łatwe dołożenie kabli w późniejszym czasie – na przykład w domu z poddaszem użytkowym, gdzie po wykończeniu dostęp do przestrzeni dachowej jest ograniczony. Poprowadzenie kabli na etapie stanu surowego otwartego to kwestia kilkuset złotych. Dołożenie ich po wykończeniu domu – wielokrotnie więcej, często z kuciem ścian i naprawą tynków.
Analogicznie podejdźcie do tematu ładowarki samochodów elektrycznych. Nawet jeśli dziś jeździcie autem spalinowym, warto już teraz doprowadzić odpowiedni kabel do garażu lub miejsca parkingowego. Potrzebujecie kabla 5×4 mm², który wystarczy dla ładowarki 11 kW – a tyle w zupełności wystarcza do codziennego ładowania w domu, bo typowe dzienne zużycie to kilkanaście kilowatogodzin, nie kilkadziesiąt. Jest jeszcze jedna ważna rzecz – warto już teraz zwiększyć moc przyłączeniową, jeśli planujecie kiedykolwiek ładować auto w domu. Za kilka lat, gdy Wasi sąsiedzi również zaczną zwiększać moc, dostępność w sieci może być ograniczona i procedura potrwa znacznie dłużej.
Dla kogo fotowoltaika w 2026 roku ma sens
Po tym wszystkim, co napisałem, pewnie chcielibyście usłyszeć jednoznaczną odpowiedź. Nie dam Wam jej, bo byłaby nieuczciwa. Mogę natomiast powiedzieć, w jakich sytuacjach kalkulacja wychodzi najkorzystniej.
Fotowoltaika w 2026 roku ma największy sens, gdy Wasze roczne zużycie prądu jest wysokie – powyżej 5000 kWh, a szczególnie gdy macie pompę ciepła, która konsumuje dużo energii. Ważne jest również to, czy ktoś z domowników jest w domu w ciągu dnia – pracuje zdalnie, prowadzi dom – bo wtedy naturalna autokonsumpcja jest wyższa. Jeśli dodatkowo rozważacie lub posiadacie magazyn energii, który podnosi autokonsumpcję do 60–80 procent, ekonomika poprawia się znacząco. Korzystny jest też scenariusz, w którym możecie wykorzystać zarówno dotację z programu Mój Prąd, jak i ulgę termomodernizacyjną – te dwa instrumenty łącznie potrafią obniżyć realny koszt instalacji o 30–40 procent.
Z kolei mniejszy sens ma fotowoltaika, gdy Wasze zużycie jest niskie (poniżej 3000 kWh rocznie), nikogo nie ma w domu w ciągu dnia, nie planujecie magazynu energii, a jednocześnie nie kwalifikujecie się do dofinansowania. W takim scenariuszu okres zwrotu może przekroczyć 10 lat, a to zbyt długo, by mówić o rozsądnej inwestycji – szczególnie biorąc pod uwagę ryzyko kolejnych zmian legislacyjnych.
Prosument wirtualny – nowy model na horyzoncie
Od lipca 2024 roku funkcjonuje w polskim prawie instytucja prosumenta wirtualnego. To rozwiązanie skierowane głównie do osób, które nie mogą zamontować paneli na własnym dachu – mieszkańców budynków wielorodzinnych, najemców, właścicieli budynków z niekorzystną ekspozycją dachu. Prosument wirtualny może nabyć udział w mocy dużej farmy fotowoltaicznej i rozliczać wyprodukowaną energię na swoim liczniku.
Dla Was, budujących dom jednorodzinny, to raczej ciekawostka niż realna alternatywa. Ale warto o niej wiedzieć, bo wspólnoty mieszkaniowe mogą dzielić energię między różne liczniki w ramach jednego operatora sieci dystrybucyjnej, a instalacje w modelu wirtualnym mogą mieć moc do 1 MW. To model, który będzie się rozwijał w kolejnych latach.
Taryfy dynamiczne – temat, który trzeba mieć na radarze
Wspomniałem wcześniej o cenach godzinowych RCE, ale warto powiedzieć nieco więcej o tym, dokąd zmierza rynek energetyczny. Przejście na rozliczenia godzinowe to nie jednorazowa zmiana – to kierunek, w którym zmierza cała Europa. Taryfy dynamiczne, w których cena prądu zmienia się co godzinę na podstawie bieżącej sytuacji na rynku, będą stawały się normą.
Co to oznacza dla Was jako potencjalnych prosumentów? Że umiejętność zarządzania energią – kiedy zużywacie, kiedy magazynujecie, kiedy oddajecie do sieci – będzie coraz ważniejsza. Dlatego program Mój Prąd 6.0 wymaga instalacji modułu HEMS (Home Energy Management System), czyli systemu, który automatycznie optymalizuje przepływy energii w Waszym domu. To nie gadżet – to narzędzie, które w świecie godzinowych cen może być różnicą między opłacalną a nieopłacalną instalacją.
Inteligentne zarządzanie energią oznacza na przykład, że zasobnik ciepłej wody grzeje się automatycznie wtedy, gdy panele produkują nadwyżki, a nie gdy Wy akurat chcecie wziąć prysznic. Że ładowarka samochodu elektrycznego uruchamia się, gdy cena prądu na rynku jest najniższa. Że magazyn energii ładuje się w południe i oddaje energię wieczorem. Te automatyzmy w dłuższej perspektywie generują realne oszczędności, które ręcznie – przesuwając pranie na południe – osiągnęlibyście tylko częściowo.
Podsumowanie
Fotowoltaika w 2026 roku to nie jest ta sama inwestycja co w 2020 roku. Złota era net-meteringu minęła i raczej nie wróci. Ale nie znaczy to, że panele na dachu straciły sens – zmieniły się zasady, więc zmienić musi się też Wasze podejście.
Współczynnik 1,23, rosnące ceny energii z sieci, dostępne dofinansowania i rozwój magazynów energii sprawiają, że dla wielu rodzin fotowoltaika nadal jest rozsądną decyzją finansową. Pod jednym warunkiem – że podejdziecie do niej z kalkulatorem, a nie z emocjami. Policzcie autokonsumpcję, sprawdźcie dofinansowanie, rozważcie magazyn energii i na tej podstawie podejmijcie decyzję.
A jeśli po kalkulacji wyjdzie Wam, że teraz się nie opłaca – nie traćcie ani złotówki na instalację, ale wydajcie kilkaset złotych na przygotowanie okablowania. Przepisy zmieniają się co kilka lat. Technologia tanieje. Wasze zużycie może wzrosnąć (pompa ciepła, samochód elektryczny). Dom, który jest przygotowany na fotowoltaikę, zyskuje na przyszłości – nawet jeśli ta przyszłość to nie dziś, a za trzy lata.
Dołącz do newslettera
WOJCIECH TRACICHLEB
Wojciech Tracichleb – przedsiębiorca budowlany z pasją do przekazywania wiedzy. Od 2013 roku specjalizuje się wyłącznie w domach jednorodzinnych, uczestnicząc w powstawaniu kilkuset takich budynków. Jako właściciel firmy budowlanej zajmującej się generalnym wykonawstwem, współwłaściciel biura architektury wnętrz oraz ekspert od instalacji i produkcji mebli na wymiar, poznał proces budowlany z każdej możliwej perspektywy.